Narodowy Park Zion pełen dzieci – dzień piąty

with 1 komentarz

Kolejnym punktem na mapie naszego #usatrip jest Narodowy Park Zion położony w stanie Utah. Zanim zaczęliśmy planować wyprawę, nie słyszeliśmy o tym miejscu. Nic dziwnego, nie jest tak spektakularny jak Wielki Kanion. Jednak kiedy rozmawialiśmy z Amerykanami na temat naszej trasy, wszyscy zgodnie twierdzili, że Zion jest olśniewający. Sprawdziliśmy!

Czwartego dnia, po zobaczeniu wschodniej części południowej krawędzi Wielkiego Kanionu, przełomu Kolorado Horseshoe Band i Kanionu Antylopy, zaczęliśmy kierować się z powrotem na zachód. Po drodze planowaliśmy odwiedzić Narodowy Park Zion i kolejnego dnia dotrzeć do Las Vegas.

Wyruszyliśmy z Kanionu Antylopy około 16, do hotelu mieliśmy jakieś 250km (160mil). Początkowo droga prowadziła głównie pustynią, chociaż po drodze minęliśmy Jezioro Powell’a. Nie zboczyliśmy jednak z drogi, żeby je zobaczyć. Po emocjach w Kanionie Antylopy Sara usnęła i nie chcieliśmy jej budzić. Pędziliśmy autostradą dalej.

Wjeżdżamy w inny świat

Nocleg czwartego dnia mieliśmy w Cedar City, na północ od parku. Żeby tam dotrzeć musieliśmy dosłownie przedrzeć się przez Narodowy Las Dixie, który zaserwował nam zupełnie odmienne doznania wizualne, jakże odmienne od pustynnego krajobrazu. Miejscami czułam się jakbym nagle wróciła do Polski, ale jednak wszystko było inne: rwące potoki, drzewa i … ziemia? Olbrzymie czarne grudy pomiędzy drzewami. Wyglądało to tak jakby ktoś zaorał ziemię w lesie. Tylko dlaczego? I komu by się chciało to zrobić? Zatrzymaliśmy samochód by na własne oczy sprawdzić co to takiego?! Głazy! To wszystko to były ogromne głazy pomiędzy którymi wyrósł las. Nie zrobiliśmy dobrego zdjęcia, ale uwierzcie nam na słowo, że wyglądało to co najmniej dziwnie!

Znaki ostrzegały nas, że droga może być zamknięta zimą, a od listopada do końca marca obowiązkowe są łańcuchy na kołach. Jak to? Kiedy wsiadaliśmy do samochodu na termometrze było 40 stopni, a to zaledwie 2 godziny jazdy stąd? Po wielu stromych podjazdach i ostrych zakrętach nasz samochodowy termometr wskazał, że na dworze jest … 6 stopni. Przetarliśmy oczy ze zdziwienia i … zobaczyliśmy śnieg, ale nie małe połacie pod drzewami, tylko zaśnieżone łąki i polany! Wow! Jacek chciał się zatrzymać i ulepić bałwana :D, jednak tym razem darowaliśmy sobie tą przyjemność..

Śnieg topniał, przez co potoki były rwiste, a wokół mijanych domów i gospodarstwa na łąkach były rozlewiska. No właśnie, na drodze mijaliśmy wiele miejscowości i uroczych domów, o których istnieniu często dowiadywaliśmy się ze znaków o autobusie szkolnym. Ciekawe jak radzą sobie zimą, kiedy faktycznie jest tu dużo śniegu. Czy dzieci nie chodzą do szkół? A może, niczym jak w Dzieciach z Bullerbyn, muszą przedzierać się przez zaspy. Ok. 20 dotarliśmy do Cedar City.

Jest zimno, ale asfalt płonie

Cedar City, w którym nocowaliśmy, okazało się mega uroczą miejscowością. Urocze fasady domów, biblioteka, sklepy. Wieczorem byliśmy zbyt zmęczeni na spacer, a rano… wstaliśmy o godzinę za późno. Darowaliśmy sobie zatem zwiedzanie (chlip, chlip) i pomknęliśmy do parku. W planie mieliśmy najpierw zrobienie 13 kilometrowej pętli samochodem w Kanionie Kolob, a później chcieliśmy skierować się już do głównego kanionu parku i tam trochę powędrować, żeby nie okazało się potem, że zwiedzamy tylko przez okno samochodu :P. Dotarliśmy do Kolob Canyon Visitors Center, skąd wzięliśmy mapę i parkową gazetkę i rozpoczęliśmy wdrapywanie się autem :p na szczyt wzniesienia.

Kolob Canyon, zwiedzanie autem, zbierajsie

Kolob Canyon, zwiedzanie autem, asfalt, zbierajsie

Chwilę wcześniej ze zdziwieniem przyjęliśmy fakt, że asfalt w tym parku jest czerwony.

Grzechotniki i pumy w Kolob Canyon

Przed takimi zwierzakami przestrzegają znaki przy punktach widokowych i zejściach na szlak. Patrząc na znak „Mountains Lion” pomyślałam, ze fajnie byłoby zobaczyć taką pumę na żywo, ale zaraz potem przypomniałam sobie jak uciekałam do samochodu na widok kojota.

Pętla okazała się dwukierunkową drogą. Po drodze zatrzymaliśmy się na kilku punktach widokowych, gdzie podziwialiśmy formacje skalne i bujną roślinność.

Kolob Canyon, zwiedzanie autem, Jacek i góry

Kolob Canyon, zwiedzanie autem, Magda, Sara i góry

Nieudana przejażdżka tunelem

Po zrobieniu pętli pomknęliśmy w stronę głównego wejścia do parku (ok. 40min jazdy) i zobaczyliśmy tłumy. Parkingi były pełne! Początkowo chcieliśmy przejechać przez tunel wydrążony w skale (znajduje się w środku parku), ale kiedy już pokonaliśmy strome podjazdy i miliony zakrętów, stojąc w kolejce samochodów okazało się, że przejazd tunelem jest dodatkowo płatny, a opłatę trzeba uiścić przy wejściu do parku. Eh, szkoda, że nie zapytaliśmy na dole. Tunel musieliśmy sobie zatem darować, ale gratisowo dostaliśmy emocje z zawracania na wąskiej drodze z urwiskiem ;O!

Wróciliśmy zatem na początek parku i cudem udało nam się znaleźć miejsce parkingowe na poboczu tuż przy przystanku parkowego autobusu. W Zion, podobnie jak w Wielkim Kanionie, turystów na szlaki rozwożą autobusy. Jeżdżą bardzo często. Świetne rozwiązanie i bardzo stylowy wygląd.

Autobusowe przyjaźnie – Park Zion pełen dzieci

O tyle, ile w poprzednich zwiedzanych miejscach spotykaliśmy rodziców z dziećmi, to tutaj było ich naprawdę multum! W autobusie Sara zawiązała swoje pierwsze górskie przyjaźnie. Autobus był pełen, a wokół same dzieci. Sara upodobała sobie dwóch uroczych Latynosów. Pogadali w tylko sobie znanym języku :o. Dzieci zwiedzały różnie, na nogach, w wózkach, w nosidłach górskich, w nosidłach ergonomicznych. W wisiadłach niestety też :(, chust nie było. My też tym razem zdecydowaliśmy się na nasze nosidło.

Swoją drogą, zauważyłam, że albo mówimy niewyraźnie, albo Amerykanie mają problem z wymawianiem litery R. Wydawało mi się, że imię naszej córki jest międzynarodowe, w Stanach jest przecież Sarah – m.in. ukochana przeze mnie Sarah z serialu J.A.G. wojskowe biuro śledcze, który namiętnie oglądałam w latach 90-tych. Kiedy jednak odpowiadamy na pytanie jak nasza córka ma na imię słyszymy jak mówią do niej – Sala, Saja… no nie wiem :P.

Zdaliśmy się na los i przypadek i wysiedliśmy tam, gdzie większość innych rodzin z dziećmi. Początkowo planowałam jechać do końca trasy, ale w sumie dobrze się stało, bo gdybyśmy pojechali tam, tutaj już byśmy nie wrócili, a było bardzo fajnie i ciekawie.

Góry bez dzieci są dla słabeuszy

Przypadek sprawił, że wylądowaliśmy na trasie do wodospadów „Lower i Upper Emerald Pool Trail”. Pierwsza część trasy bardzo łatwa, wzdłuż rzeki, idealna na spacer z wózkiem, później trochę trudniejsza, wiodąca ostro pod górę, a jeszcze później już po kamieniach i piasku, aż do górnego wodospadu. Nasze trekkingowi buty po raz kolejny się przydały, w sandałach nie dałoby rady :p. Bynajmniej nie tylko dlatego, że stopy byłyby brudne, albo zaatakowałby nas jakiś grzechotnik, ale po prostu podłoże było bardzo nierówne i łatwo było o potknięcie się.

Sara, ostatnim zwyczajem Sary, nie chciała iść za długo z tatą, więc zaszczyt niesienia naszej królewny przypadł mi! I teraz powiem to po raz kolejny: góry bez dzieci są dla słabeuszy! :D

 

Sara zebrała multum komplementów! Usłyszała, że jest: cudowna, słodka, urocza, śliczna i, że ma okulary przeciwsłoneczne. Taaaak okulary robiły furorę! Ludzie schodzący z góry zatrzymywali się przy Sarze i krzyczeli „Oh my God! She has sunglasses! Awesome!”. Matka nosicielka pozostała w cieniu :P, nikt nie zachwycał się jaką krzepę trzeba mieć, żeby wdrapać się na górę z takim obciążeniem :D :D :D. A tak poważnie, Park Zion przypadł do gustu naszej córce. Całą drogę gaworzyła i „śpiewała”, czym wprawiała w doskonały nastrój innych piechurów.

Narodowy Park Zion i wodospady

Wodospady może nie porażają swoją wielkością. W naszych ukochanych Karkonoszach mamy o wiele bardziej okazałe! Ale te widoki za plecami! Wow! Naprawdę robią wrażenie! Chociaż, chcąc być sprawiedliwym, górny wodospad, gdzie woda sączy się z pionowej, wysokiej skały i wpada wprost do małego stawu jest niesamowity. Oczyma wyobraźni widzieliśmy jak ciekawie robi się tutaj kiedy tej wody jest więcej i więcej… i nagle na nasze nosy i policzki zaczął padać deszcz! Szybko namówiliśmy Sarę żeby tym razem zeszła z tatą. On też przecież chce mieć zdjęcia. Uff, udało się! Pomknęliśmy na dół. Na szczęście deszcz zaczął mocniej padać dopiero na dole. Schodzenie po mokrych kamieniach nie byłoby z pewnością fajne!

Trip autobusem do przełomu

Niezrażeni deszczem postanowiliśmy dojechać do końca trasy autobusu, skąd prowadzi szlak do przełomu rzeki Virgin. Deszcz przestał padać, ale nie chcieliśmy ryzykować długiej wędrówki.

Podeszliśmy tylko kawałek do rzeki skąd mogliśmy spojrzeć na wspinaczy.

Wspinaczka nigdy mnie nie pociągała, ale jak spojrzałam na ten obrazek to pomyślałam: a co tam! Spróbuję! Może właśnie w tym rzecz, że wspinaczka na ściance dla samej wspinaczki nie jest dla mnie. Co innego gdy za wysiłek jest nagroda w postaci pięknego widoku.

Powrót do samochodu, który stał się naszym domem

Wsiedliśmy do autobusu, którym przejechaliśmy niemal całą trasę i dotarliśmy do naszego samochodu. Zabawne, bo mimo, że autobusy kursują co kilka minut spotkaliśmy w nich tych samych ludzi, z których jechaliśmy rano! M.in. tego samego chłopca, który spodobał się naszej Sarze. Czyżby przeznaczenie? :D

Kiedy wsiedliśmy do samochodu i na GPS ustawiliśmy „Las Vegas” zaczęło lać, a niebo przeszyły pioruny… :D. Mamy szczęście! Po drodze zatrzymaliśmy się, żeby coś zjeść i pognaliśmy podbijać miasto grzechu. Haha, co z dzieckiem nabiera innego znaczenia :P.

  • Czytając Waszą kolejną barwną relację ,tym razem z Parku Zion,przypomniały mi się czytane dawno temu książki J.Curwooda. Myślę,że to jak i o czym piszecie,na dodatek udokumentowane cudnymi zdjęciami,czyta się tak samo jednym tchem jak wspomniane książki i czeka na kolejne …Dla mnie dzisiaj numerem 1-3 są zdjęcia:tytułowe:), Waszej Trójki,gdzie dziewczyny są w twarzowych okularach a tata bez:) oraz to z wysoką barwną skałą z wodospadem. ps. podziwiam i to bardzo krzepę filigranowej mamy niosącej w górę najwyraźniej zadowoloną Sarę,muah,Słoneczko:)3majciesię i Powodzenia!!!:):):)