W drodze do Palm Springs (USA dzień 2, cz. 1)

with 9 komentarzy

Zmiana czasu mocno daje nam w kość, szczególnie Sarze. Podobnie jak pogoda – 42 stopnie w cieniu. Na szczęście udaje nam się znaleźć miejsca, w których nie czuć temperatury. Jednym z nich jest nasz samochód, a drugim Park Stanowy Mt. San Jacinto nieopodal Palm Springs.

Przejechaliśmy 350 km z Los Angeles do Palm Springs i Parku Narodowego Joshua Tree. Opisujemy Wam pierwszą część wyprawy.

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy już o 1, Sara była przekonana, że to już rano. Pobawiliśmy się do 4, a później udało nam się zasnąć i pospać do … 6.30. Później szybkie śniadanie i Jacek pojechał do wypożyczalni po samochód, a my zostałyśmy w hotelu i przepakowałyśmy walizki tak by część rzeczy móc zostawić w aucie. Trochę nam zeszło na te działania, bo z LA wyjechaliśmy dopiero ok. 10.

Road trip z LA

Miałam plan by czytać i pisać w trakcie drogi, ale jak tu pisać, kiedy za oknem miałam takie widoki.

354 dni słoneczne w Palm Springs

Pierwszy punkt naszej podróży to położone 2 godziny drogi od LA, Palm Springs. Nie wiem gdzie po raz pierwszy usłyszałam o tym mieście, ale kiedy planowaliśmy trasę wiedziałam, że zboczymy z drogi i zajedziemy tutaj. Pewnie bohaterowie jakiegoś amerykańskiego serialu, albo filmu jeździli tam odpoczywać. Palm Springs jest modnym miejscem do wypoczynku, tutaj wielu mieszkańców wybrzeża spędza chłodne zimy. Co więcej, od lat 90-tych Palm Springs jest miejscem turystyki LGTB! Taka zakładka znajduje się na oficjalnej stronie visitpalmsprings. My jednak pojechaliśmy tam w innym celu :p.

Palm Spring leży na pustyni Sonora. Obok miasta są góry skaliste, w których mimo wysokiej temperatury na dole leży jeszcze śnieg. Postanowiliśmy wdrapać się na wysokość 2 608 metrowów i dostać do Parku Stanowego Mt. San Jacinto. Chciałabym powiedzieć, że zrobiliśmy to własnych nogach, ale nie będę Was ściemniać, tacy odważni nie jesteśmy. Przy 42 stopniach w cieniu byłby to niezły wyczyn, choć po drodze do Palm Springs mijaliśmy rowerzystów! Znaleźliśmy za to inny sposób.

Latająca karuzela zawiozła nas na szczyt

No, może nie do końca latająca, bo wisi na linie, ale i tak czuliśmy się jakbyśmy lecieli na górę ;) Karuzela za to była 100%. Otóż kolejka na górę Świętego Hiacynta ma obrotową podłogę! W trakcie 10 minutowego wjazdu zrobiliśmy ok. 2 obroty dookoła własnej osi tak, że mogliśmy podziwiać pełną panoramę  bez konieczności przepychania się do innego okna. Świetna sprawa! A pierwsze uczucie kiedy podłoga zaczyna się ruszać, a ścianki kolejki stoją, robi wrażenie.

Na trasie kolejki (2,5 mili, czyli ok. 4 km) znajduje się 5 przęseł, po przejechaniu których wagonik dość mocno podskakuje. To dodatkowa atrakcja :) cały wagon aż rechotał z zachwytu :). Sam wjazd jest frajdą, prędkość dochodzi nawet do 30km/h, a w niektórych momentach lina poprowadzona jest tak stromo, że wręcz czujesz jakbyś się wspinał po skałach.

Na górze było „zaledwie” 20 stopni. Do tego piękny zapach świerków, delikatny wiatr i oszałamiające widoki. wreszcie mogliśmy oddychać pełną piersią. Byliśmy zachwyceni! Naprawdę. Polecamy każdemu. Pewnie wszystko zależy od kierunku zwiedzania i gdybyśmy przyjechali tu po zobaczeniu Wielkiego Kanionu wrażenia byłyby inne.

Na górze jest 50 mil szlaków trekingowych, jednak zanim się na nie wybierzemy musimy uzyskać specjalne pozwolenie (darmowe)! My nie planowaliśmy chodzenia, jedynie skorzystaliśmy z podwózki żeby zobaczyć co i jak. Kto wie, może skorzystamy z mody i wzorem mieszkańców LA kiedyś przyjedziemy do Palm Springs na zimę :D.

Dzikie konie w Kanionie Palm/ Indian

Kiedy zjechaliśmy na dół przejechaliśmy po mieście. Na ulicach pustki, ale co się dziwić skoro termometr wskazuje taką temperaturę. Swoją drogą ciekawa jestem jak wygląda tutaj lipiec i sierpień i czy taki ukrop w maju to dla nich normalka. Podjechaliśmy do indiańskiego Kanionu Palm. Chcieliśmy oglądać dzikie konie, ale przezornie zapytaliśmy siedzącą na wjeździe Indiankę o to, czy do kanionu trzeba długo iść od parkingu. Ostrzegła nas, że kawałek drogi jest i w taką pogodę nie ryzykowałaby z dzieckiem. Zawróciliśmy. Trudno, dzikie konie muszą poczekać.

Kiedy wyruszyliśmy z Palm Springs w kierunku Narodowego Parku Joshua Tree była już 14. Czekał nas jeszcze obiad i popołudniowo-wieczorny trekking wśród skał i kaktusów. O tym jak Jacek szukał żółtwi pustynnych i kogo zamiast nich spotkał napiszemy jutro. A tymczasem my idziemy na śniadanie (Sara wciąż się nie może przestawić i robi nam pobudkę około 3 rano).

Słyszeliście kiedyś o Palm Springs? Gdzie? Bo ja za nic nie mogę sobie przypomnieć gdzie! A gdzieś na pewno!

  • Jacek, Magda, Sara …. czekam z niecierpliwością na kolejny wpis, jak Julka mi na to pozwoli. Tylko zobaczy Wasze zdjęcie, pyta się a gdzie Sara? Co robi?

  • Był taki serial Tajemnice Palm Spring. Czytam i inspiruję się na przyszły rok! Miłego wypoczynku i zwiedzania!

  • Magda, genialny pomysł z opisywaniem Waszej podroży ! Wkręciłam się i czytając czuję się tak jak bym tam była ❤

  • Faktycznie, kojarzę tytuł, ale nie przypominam sobie żebym to oglądała :P. Super, bardzo nam miło. Dziękujemy!

  • ooooh jak słodko ;) S. na razie nie pyta, ale jestem przekonana, że myśli już o tym, że po powrocie opowie wrażenia na żywo :P

  • dziękuję ;) zapraszamy po więcej i ślemy uściski ze słonecznej strony świata :D

  • Trzeba mieć dużżżżżo szczęścia aby zobaczyć dzikie konie w kanionie. Bardzo często wypasją się po za kanionem, a wówczas trudnio jest je zobaczyć.

  • oooo to dobrze, że nie ryzykowaliśmy w tym upale, bo bylibyśmy mocno rozczarowani. Jakoś przyjęłam za pewnik, że na pewno tam będą.

  • :)