Bezdomność w Los Angeles – dzień 15-16

with 13 komentarzy

Przed nami ostatni punkt naszego USA West trip: Los Angeles. Jednak zanim porządnie zabraliśmy się za zwiedzanie i plażowanie spotkała nas mała przygoda, która mogła skończyć się uszczupleniem, i tak już szczupłego, portfela.

Do Miasta Aniołów dotarliśmy, gdy było już ciemno. Co prawda Obserwatorium Griffitha, z którego rozpościera się panorama na Los Angeles i słynny napis Hollywood mieliśmy zaplanowane na następny dzień, ale spontanicznie pomyśleliśmy, że może warto byłoby zobaczyć je także nocą. Kiedy dojechaliśmy na górę, okazało się, że nie tylko my wpadliśmy na taki pomysł. Nie było ani jednego miejsca parkingowego, mimo, że do zamknięcia zostało tylko kilkadziesiąt minut. Ustawiliśmy zatem na GPS adres: Santa Monica, gdzie mieliśmy spędzić noc i wyruszyliśmy przez miasto w stronę oceanu.

los angele nocą

Chcieliśmy przygód to mamy!

Santa Monica nocą nas nie zachwyciła (w dzień zresztą też nie), postanowiliśmy pojechać kawałek „jedynką” w stronę Malibu i posiedzieć na plaży przy blasku księżyca. Jadąc dwupasmową autostradą zobaczyliśmy puściutki parking kawałek za miastem, Jacek skręcił w lewo (tak, w Stanach to możliwe, bo na autostradach zdarzają się normalne skrzyżowania) i kiedy już mieliśmy wjeżdżać na parking zobaczyliśmy wystające z drogi kolce. Jacek szybko odbił w prawo, żeby nie przebić opon i … wjechał na wysepkę i… utknął. Nie mogliśmy ruszyć do przodu, ani się cofnąć. Na dodatek spod maski zaczął wydobywać się siwy dym. No ładnie! Chcieliśmy przygód, to mamy!

Okazało się, że wysepka nie miała wypełnienia: wysoki krawężnik, a w środku dziura! Nasze koło zawisło kilka centymetrów nad ziemią. Samochód zawiesił na krawężniku. Jacek przerażony wyskoczył z auta żeby sprawdzić, czy nie uszkodziliśmy silnika i skąd ten dym. ESP myślało, że jesteśmy na lodzie, więc odłączało napęd na drugie koło, które szczęśliwie zostało na drodze. Później próbowaliśmy wypchnąć auto, ale nie było szans. Koło kręciło się, a my staliśmy w miejscu. Mnie w takich sytuacjach niestety ogarnia przerażenie, które mnie paraliżuje, ale nie Jacka. Niczym Sarenka biegał dookoła samochodu, żeby znaleźć coś co mógłby podłożyć pod koło. Pobiegł na plażę, gdzie zobaczył rozbity namiot. Poprosił jego mieszkańca by pomógł mu wypchnąć auto, ale odmówił, musiał pilnować dobytku. Wracając „wyrwał” na parkingu wieko od studzienki (wandal!!!), ale niestety nie udało nam się podłożyć jej pod koła. W zasadzie, to udało się podłożyć na kilka centymetrów, ale jak koło złapało kontakt, to wystrzeliło pokrywą jak z procy. Dobrze, że pokrywa zatrzymała się na krawężniku, a nie na nogach :o

Łapiemy stopa na autostradzie

Próbowaliśmy zatrzymać jadące autostradą samochody, ale nikt nie chciał się zatrzymać. Smacznie śpiąca do tej pory Sara właśnie się obudziła…

los angeles, autostrada

Już myślałam, że konieczne będzie wzywanie pomocy i nie obędzie się bez opłaty za podnośnik. Mamy w tym pewne doświadczenie, haha J. Kiedyś pod Amsterdamem wzywaliśmy, co prawda nie pomoc drogową, ale pomoc benzynową, bowiem okazało się, że wypożyczone przez nas auto to nie diesel, a benzyna! Bolało nas to po kieszeni. Oj bolało! Bałam się, że zaboli znowu. W końcu wczoraj oszczędziliśmy tysiąc dolarów:p, ale żeby przeznaczać je na pomoc drogową?

<< Przeczytaj o tym jak oszczędziliśmy tysiąc dolarów w Monterey >>  

Byliśmy już bardzo zrezygnowani. Rozważałam nawet wyciągnięcie Sary z fotelika i wyjście na drogę. Może matka z dzieckiem byłaby bardziej przekonująca i ktoś by się nad nami zlitował. Aż wreszcie ktoś się zatrzymał, uff! Dwóch Amerykanów postanowiło nam pomóc. Chyba mieli małego stracha, bo jeden z nich został w samochodzie i trzymał rękę na pulsie (może na pistolecie:p).

Panowie (Jacek i Amerykanin) na różne sposoby próbowali wypchnąć/podnieść auto. Niestety nasi wybawiciele nie mieli ani podnośnika, ani liny, mieli za to coś, co nas uratowało.

Jadąc autem zawsze miej ze sobą… drewniany kołek

W pewnym momencie Amerykanin wpadł na pomysł! „Mam” – wykrzyknął i pobiegł do samochodu, by wrócić po chwilę z małym drewnianym kołkiem (coś jak noga od kwadratowego stolika IKEA). Z nieufnością spojrzałam na jego dumę „takie coś ma nam pomóc” – pomyślałam.

Pomogło! Zwykły drewniany kołek podłożony nie pod koło, a za koło, dał wystarczający punkt podparcia by poradzić sobie z wysokim krawężnikiem. Uff! Pozostał tylko problem dymu z silnika, który… nagle przestał się wydobywać! Okazało się, że nie był to dym, ale drobny piach, który był w dziurze! Przy dodawaniu gazu koło tylko wprawiało go w ruch. Na dodatek auto nie było nawet zarysowane. Uff! Znów nam się upiekło!

Miasto (bezdomnych) Aniołów

O Los Angeles mówi się, że jest Miastem Aniołów. Dla nas jest to miasto bezdomnych. Owszem, kiedy trzy lata temu byliśmy w Nowym Jorku, czy później w Miami zauważyliśmy, że w Ameryce problem bezdomności jest o wiele bardziej widoczny niż w Polsce, ale tutaj, z uwagi na klimat przeszło to już wszelkie granice mojej wrażliwości.

Pamiętam jak wracaliśmy nocą z Brooklynu do hotelu przy Time Squere i nagle ulica, którą kilka godzin wcześniej przechadzali się turyści, biznesmeni, panie w wysokich szpilkach, zmieniła się nie do poznania. Na ulicę wyszli mieszkańcy, którzy w ciągu dnia nie są aż tak widoczni. Położyli się na chodnikach i próbowali przetrwać kolejną noc.

W Los Angeles było inaczej, bezdomnych widzieliśmy zarówno w nocy, jak i w dzień. Młodych i starych. Kobiety i mężczyzn. Ludzi, którzy w oku mieli odrobinę szaleństwa i mówili od rzeczy, ale też zadbanych i czystych, którzy z pewnością kryli w sobie jakieś tajemnice. Zawsze kiedy myślę o bezdomności jest mi ogromnie przykro i tak też czułam się podczas pierwszych godzin w Los Angeles. Smutna.

bezdomni w los angeles

No właśnie. Nocleg?

Czymże jest brak jednego noclegu wobec braku domu. Niczym

W poprzednim wpisie pisaliśmy Wam, że kiedy przyjechaliśmy do LA okazało się, że nie mamy noclegu. Trochę minęliśmy się z prawdą, bo przecież sami nic nie zarezerwowaliśmy. Zarezerwowaliśmy kolejną noc przy w hotelu w Hermosa Beach, ale tą pierwszą chcieliśmy spędzić przy plaży w Santa Monica! BTW: wiecie ile kosztowały noclegi w interesującym nas standardzie w Santa Monica?? 300 dolarów – zdzierstwo w biały dzień, nawet po obniżeniu oczekiwań to dalej było 250 dolców! Kto by za to płacił :P. Nocleg w samochodzie też jest fajny! A widoki tuż po przebudzeniu CUDOWNE!

los angeles santa monica

<< Co widzieliśmy w Los Angeles, zobacz jak wyglądał nasz kolejny dzień w Mieście Aniołów>>

<< Jak wyglądał plan naszej podróży po USA >>

  • 1

  • Świetna sprawa :) Kapitalne ujęcia :)

  • tylko nie zapomnij o 2 :D

  • dzięki! to wszystko przez modelkę! A może mistrza drugiego planu? hmm :)

  • No dobra, 2 też czytam

  • Kornelia Hendżak yeah!

  • Najwspanialsza to księżniczka w okularach

  • stylowe są, prawda? :)

  • Czyżbym dała nie lubię bo bardzo lubię

  • Słoneczny patrol

  • Jak tylko zobaczyłam wpis o przygodzie pierwszej nocy w LA aż zadrżała mi ręka! Wspomnienia wróciły. Na szczęście i wam udało się rozwiązać problem. Co do bezdomosci- zgadzam się, przytłacza. Dlatego też nocleg na Long Beach był strzałem w 10. Pozdrowienia

  • mega

  • Bardzo chcę zobaczyć Stany, a szczególnie właśnie ciągnie mnie na Zachodnie Wybrzeże (no i NY;)). Jakimi liniami lecieliście do Stanów, ile Was to kosztowało? :)