Dlaczego nie powtórzę takiego wyjazdu na See Bloggers?

with 35 komentarzy

See Bloggers to największe wydarzenie dla twórców internetowych w Polsce. Mimo, że blogujemy stosunkowo niedługo kusiło nas by wziąć w nim udział. Lista plusów była długa: interesujący prelegenci, wielu partnerów, ponad 1500 zgłoszonych osób, a na dodatek nadmorska Gdynia. Decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy! Nasz entuzjazm i oczekiwania wobec konferencji były tak duże, że nie wzięliśmy pod uwagę wszystkich minusów. Jak się skończyło? Zobaczcie.

To był nasz pierwszy wyjazd na See Bloggers. Wcześniej byliśmy już na tegorocznym Blog Conference Poznań. Wróciliśmy zachwyceni z bagażem nowej wiedzy i motywacji. Tam jednak nie popełniliśmy tego błędu co tutaj, ale po kolei.

3 dni nad polskim morzem? Przygotuj się na wszystko!

Do Gdyni przyjechaliśmy w piątek w samo południe. Planowaliśmy wylegiwanie się w słońcu na plaży. Wyjeżdżając z Wrocławia termometr wskazywał ponad 30 stopni! Gdyńska aura nie była taka łaskawa – 14 stopni i deszcz… no ładnie. Już sam początek nie wróżył nic dobrego.

Mimo, że na weekend wzięłam całą walizkę ciuchów, nie było w niej wystarczająco dużo ciepłych i przeciwdeszczowych rzeczy. Pomyśleć, że lepiej spakowałam się na 3 tygodnie do Stanów, ale tam wiedziałam, że na trasie będzie zarówno 0 stopni, jak i 40. Tym razem konieczna okazała się wizyta w gdyńskiej Riwierze. Uff dobrze, że konferencja odbywała się w wielkim mieście, a nie np. w puszczy, czy na pustyni, bo tam z zakupami byłoby gorzej.

<< Razem z 15. Miesięczną córką zwiedziliśmy zachodnie Stany USA. Jesteś ciekawy jak było?>>

Kiepskie pakowanie – było. Ale to nie był nasz główny błąd!

Jedziesz na See Bloggers? Jedź sam!

Nasze pierwsze wrażenie po przeczytaniu programu See Blogers było… średnie. Nie było tutaj takich warsztatów, czy paneli, na które koniecznie chcielibyśmy się dostać. Mieliśmy wręcz wrażenie, że pewnie wynieślibyśmy o wiele więcej gdybyśmy byli blogerkami urodowymi, kulinarnymi albo youtuberami :D. Mimo, że organizatorzy zapewnili zarówno strefę Sport, jak i Turystyka, to według mnie zostały one potraktowane mocno po macoszemu.

Nie będziemy marudzić, bo jednak na miejscu okazało się, że tak naprawdę nie o merytorykę tu przede wszystkim chodzi, bo czasem zwykła rozmowa lub możliwość posłuchania kogoś kto odniósł w blogowaniu sukces może dać więcej niż przeładowany w teorię i praktykę warsztat.

Wybraliśmy kilka zajęć, zapisaliśmy się (udało się) i przeszliśmy do opracowania planu i strategii działania. Tutaj przejdziemy do zdradzenia Wam naszego błędu, bo to kluczowe przy naszej ocenie całego See Bloggers.

Prowadzimy bloga o podróżowaniu z małym dzieckiem w myśl zasady: da się! Więc na SeeBlogers pojechaliśmy w trójkę. Z naszą 15. miesięczną córką.

Taaaaaak, ostrzegano nas i mówiono, żeby dzieci zostawić w domu.

No, ale jak to?. Przecież my podróżujemy z córką. Przejechaliśmy 5,5 tys. km po Stanach, chodzimy po górach, uprawiamy sport, nam konferencja nie straszna – pomyśleliśmy i tak też zrobiliśmy!

Zbieraj się na See Bloggers„Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga powiedz mu o swoich planach”

Myśleliśmy tak: Sara będzie się pięknie bawić w strefie dziecięcej. Oczywiście pod opieką jednego z nas, bo „zostawić” dziecko pod opieką animatorów można od 3 roku życia, co zresztą jest zrozumiałe i oczywiste, nasze dziecko, mimo, że odważne i żywe… z kimś obcym by jednak jeszcze nie zostało. Będziemy na zmianę chodzić na warsztaty i panele (tu owa wspomniana logistyka, by nie zapisać się w tym samym momencie na te same zajęcia). Około 14 Sara uśnie i wtedy ja pójdę na salę główną, a Jacek na warsztaty z fotografii.

Poza tym możemy przecież chodzić z nią po stoiskach partnerów, albo rozmawiać z ludźmi. Przecież konferencja to nie tylko warsztaty i prelekcje, ale także możliwość nawiązania nowych znajomości i relacji.

Taaaa…

No tak, ale jak tu mówić o relacjach, kiedy dziecko w połowie rozmowy klepie Cię po twarzy, albo wyrywa się z rąk bo nagle w tłumie dostrzegło kogoś kto niesie piękny różowy balonik. Jak spokojnie stać przy stoisku, kiedy Twoje dziecko wbiega w tłum ludzi, którzy raczej nie spodziewają się spotkać pod nogami 80-centymetrowej dziewczynki. A później słyszysz od obsługi, że dzieci mogą przebywać tylko w strefie dziecięcej.

Ja nie wiem jak to jest, że wszystkie dzieci obok takie grzeczne i spokojne. Siedzą sobie w wózeczkach i z ciekawością obserwują co się dzieje wokół, oglądają książeczki i NIGDY nie płaczą. Czary jakieś? Nasze dziecko ma aktualnie bunt… przeciwko wszystkiemu i wszystkim. See Bloggers nie było jej ulubionym miejscem. Chusta i nosidło to zło, wózek jest zbędnym gadżetem. Sara musi iść tam, gdzie… akurat nie może i absolutnie nie znosi sprzeciwu! Kiedy coś jej się nie podoba głośno daje temu wyraz. No co tu dużo kryć… mamy kryzys.

Jasne, mogliśmy zrobić tak, że jedno z nas zostałoby na konferencji podczas gdy to drugie spędziłoby miło czas na plaży. Tylko, że skoro prowadzimy bloga wspólnie, chcieliśmy wspólnie się czegoś na See Bloggers nauczyć.

Równocześnie cały czas mieliśmy w głowie przemyślenie, że nasze dziecko zamiast tu, wolałoby teraz siedzieć na plaży, albo chociaż przebywać na świeżym powietrzu.

Co prócz nauczki, żeby nie jechać z dzieckiem na konferencję?

To nie tak, że nie wynieśliśmy z See Bloggers nic. Mimo pierwszego wrażenia odnośnie agendy znaleźliśmy w niej coś dla siebie, a na samym wydarzeniu spotkaliśmy ludzi, którzy inspirują i motywują do działania.

Poniżej kilka warsztatów, które najbardziej zapadły nam w pamięci.

See Bloggers 2017
fot. See Bloggers

Nigdy nie jest za późno na pierwszy raz

Pierwszego dnia konferencji wzięłam udział w warsztacie z Januszem Leonem Wiśniewskim pt. „Podsłuchujemy, podglądamy, rozmawiamy, czyli szukamy inspiracji do pisania dobrych historii”. Mimo, że pod koniec zajęć pan Janusz powiedział „ale ja ich nic przecież nie nauczyłem”. Co tu kryć, trudno przeprowadzić pełnowartościowy warsztat w zaledwie 90 minut, szczególnie gdy uwielbia się dużo mówić:). Mimo wszystko wyszłam oczarowana.

Tak sobie myślę, że w warsztacie, czy nawet prelekcji podczas konferencji, nie chodzi tyle o merytorykę, bo często my to wszystko przecież wiemy, albo możemy przeczytać. Chodzi o inspirację, o przekazanie energii, pokazanie i zwrócenie uwagi na coś, o czym sami byśmy nie pomyśleli. Tak było tym razem. Swoją drogą nie wiedziałam, że Janusz Leon Wiśniewski jest przede wszystkim naukowcem nauk ścisłych (m.in. dr hab. chemii), a pierwszą książkę opublikował w wieku 47 lat! Książkę „Grand”, którą dostaliśmy od Accor Hotels, który był organizatorem tego spotkania, połknęłam w drodze powrotnej z Gdyni do Wrocławia.

Sukces wymaga poświęcenia

Kolejne spotkanie, które okazało się dla mnie niezwykle inspirujące to rozmowa z Anią Skurą „Czy sukces musi być za wszelką cenę? O tym, czego nie dostrzegają ludzie obserwujący Instagram”. Anię z What Anna Wears znałam głównie z pięknego Instagrama. Na żywo okazała się być dokładnie taka jak w tym, wydawać by się mogło, wyidealizowanym świecie, z niesamowitą energią i charyzmą, która aż krzyczy: możesz spełnić swoje marzenia! Ania opowiadała o momentach przełomowych w rozwoju swojego bloga, jednym z nich było postawienie wszystkiego na jedną kartę w myśl zasady, że jeśli nie przeznaczymy na bloga, czy projekt internetowy maksimum czasu, to nic z tego nie będzie. Bo blogowanie to nie tylko pasja, czy możliwość zarabiania pieniędzy (o której wielu marzy), to przede wszystkim ciężka praca, która wymaga czasu i poświęcenia. Wydaję mi się, że wielu ludzi o tym po prostu nie wie.

Ania nie dość, że wygląda jak milion dolarów, to jeszcze sprawiła, że bardziej „zachciało mi się chcieć” i nie wstydzić głośno powiedzieć o swoich marzeniach.

Dzięki Ania! Sarze ta energia też się chyba udzieliła, bo pod koniec spotkania obudziła się nagle i zaczęła przeraźliwie płakać. Wybiegłam wtedy z Sali, bo nic nie denerwuje i stresuje mnie tak bardzo jak płaczące dziecko, nawet własne. Pewnie chciała się też zaprezentować, albo dodać, że na naszym Insta też nie pokazujemy jak płacze :). To był jeden z dwóch momentów, kiedy razem z dzieckiem byliśmy na sali. Tym razem się udało. No prawie, bo jednak większość wywiadu udało mi się w spokoju wysłuchać.

Oś fotograficznej umiejętności, czyli grunt to samoocena

Warsztat z Tomaszem Zienkiewiczem „Jak robić lepsze zdjęcia”, czyli po prostu Zieniem, był równie inspirujący. Nie chodzi tu nawet o samą wiedzę techniczną o zdjęciach i fotografii, bo to możemy sobie przeczytać w Internecie i tak naprawdę najważniejsza jest… praktyka.

Znów jednak okazuje się, że nie ważne co, ale ważne kto. Zieniu okazał się być świetnym człowiekiem, który pokazuje, że zawsze można zacząć robić to co się kocha, ale należy pamiętać o ciągłym doskonaleniu się i znajdywaniu w sobie obszarów do poprawy. Bo wiedza to fotograficzna podstawa. Na pewno uczciwie spojrzymy teraz na to, gdzie jesteśmy w fotograficznym układzie współrzędnych i będziemy ćwiczyć. To świetny drogowskaz rozwoju. Nigdy nie można spocząć na laurach.

Definicje są umowne – to Ty określasz kim jesteś

Pewniakiem wśród „inspiratorów” był oczywiście Tomek Tomczyk, vel Jason Hunt, który obiecywał, że jego wystąpienie będzie tak nudne, że można przyprowadzić dzieci, na pewno usną.

Otóż Jasonie Huncie – Sara nie tylko nie zasnęła, ale wręcz patrzyła na teorie 3 kółek z rozdziawioną buzią. Potem niestety powiedziałeś coś, z czym nasze dziecko po prostu nie mogło się zgodzić i na znak protestu postanowiła opuścić salę! No więc sorry, usypiać dzieci nie potrafisz, ale na blogach znasz się dużo lepiej ;P.

Jacek niestety nie został dłużej na prelekcji (no cóż… siła wyższa – dziecko), ale wysłałam mu ciekawy slajd o jakości, tak jakby jego branża: „Gdy ktoś mówi Ci, że Jakość jest najważniejsza, to pamiętaj że ta jakość zawsze była zbiorem norm, które najwięksi artyści mieli głęboko w dupie” – to chyba clou sprawy w wielu dziedzinach, także w blogowaniu.

Konferencja z dzieckiem? Nie!

Wierzę, że podróżowanie z dzieckiem jest możliwe, mimo, że ostatnio jest trudno. Jednak nie wierzę w efektywną pracę, czy udział wspólny udział w konferencji.

Podziwiam wszystkie matki, które będąc w domu z dzieckiem, potrafią równocześnie pracować. Ja nie umiem i bynajmniej nie uważam, że winą jest moja zła organizacja pracy. Po prostu, kiedy moje dziecko przychodzi do mnie z książeczką, albo sandałkami w dłoni, to przecież nie odmówię jej spaceru, czy wspólnego czasu… a później w środku nocy próbuję nadgonić to co powinnam zrobić … na wczoraj.

Podsumowując. Weekend na konferencji z dzieckiem to ani pobyt na konferencji, ani weekend z dzieckiem. Niestety z See Bloggers nie wynieśliśmy tyle, ile byśmy mogli gdybyśmy byli sami. Równocześnie nie pospacerowaliśmy, pozwiedzaliśmy, czy nie pobawiliśmy się na plaży tyle, ile moglibyśmy gdyby to był zwykły weekend nad morzem. Niby proste, ale musieliśmy się przekonać o tym na własnej skórze.

Cóż, nie zawsze można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Dlatego w przyszłym roku Sara zostaje we Wrocławiu :D.

Co myślicie o konferencji z dzieckiem?