USA WEST TRIP – PODRÓŻ SAMOLOTEM Z DZIECKIEM DO USA (DZIEŃ 1)

with 17 komentarzy

Przepakowywanie walizek do 1 w nocy, piszcząca bramka, niemal 13 godzin w samolocie, wielokrotne przewijanie dziecka w małej pokładowej toalecie, spotkanie z celnikiem i zmiana czasu – tak, w skrócie można opisać pierwszy etap naszego tripu „podróż do USA z dzieckiem samolotem”.

podróż do USA z dzieckiem

Lot nad Atlantykiem może być prawdziwą przyjemnością. Siedzisz sobie spokojnie w wygodnym fotelu, patrzysz przez okno na ocean i białe chmury, jedną ręką sięgasz po książkę, drugą popijasz szklankę soku pomidorowego, albo nie… oglądasz „Ukryte Piękno” z  Willem Smithem na ekranie pokładowego centrum rozrywki (albo Gwiezdne Wojny po raz setny). 12 godzin relaksu. Nooo, może trochę drętwieją Ci nogi.

podróż do USA z dzieckiem

Tak było kiedyś. Teraz jest trochę inaczej :) :) :). Czytasz, ale pozycję pt. „Co robią koty”, albo „Wieś” i to milion razy. Oglądasz… Świnkę Peppę. A do tego robisz za osobistą stewardesse i co chwilę proponujesz: chrupka, paluszka, jabłuszko, bananka, kaszkę, a może zupkę, a i tak kończy się na mleku z piersi. Później, kiedy dziecko jest już zmęczone, 3 godziny trzymasz je w objęciach, bo każdorazowa próba położenia córki do gondoli lub oddania na chwilę tatusiowi kończy się przebudzeniem i krzykiem. Po 12 godzinach jesteś na miejscu! Szczęśliwa, bo mimo wszystko udało Ci się:

– dolecieć!!! Twoje dziecko nie wpadło w histerię i nikt Cię nie wyrzucił z samolotu :p,
– popatrzeć przez okno na chmury, ocean i norweskie fiordy,
– zdrzemnąć się podczas trzymania córki na kolanach i na piersi ;P,
– zobaczyć tego Willa Smitha :p, ba! udało Ci się nawet zobaczyć Assassin Creed,
– zjeść ciepły, aczkolwiek trochę niedobry, posiłek serwowany przez obsługę,
– napisać dużą część tego wpisu.

LOT SAMOLOTEM ZA OCEAN, NASZA TRASA: WRO-WAW-LAX

Podróż do Usa z dzieckiem_ Pierwszy etap podróży, lotnisko we Wrocławiu_zbierajsie
Jeszcze na lotnisku we Wrocławiu o 7 rano

Żeby dotrzeć do Los Angeles zdecydowaliśmy się na podróż LOTem z przesiadką w Warszawie. Wyruszyliśmy o 9 rano z Wrocławia, o 14 byliśmy już na miejscu w Mieście Aniołów. Nasza podróż niestety nie trwała tylko 5 godzin :P, bo nad oceanem zyskaliśmy 7 godzin i według polskiego czasu wylądowaliśmy o 23.00.
Trasa samolotu do Los Angeles prowadziła nad Szwecją, Norwegią, Islandią, Grenlandią, Kanadą, czyli górą. Ekran pokładowy pokazywał nam gdzie się aktualnie znajdujemy, z jaką prędkością lecimy i ile zostało nam do końca.  Możliwość podglądania gdzie aktualnie jesteśmy to jest olbrzymia zaleta samolotów latających na duże trasy.

NIE LUBIĘ KONTROLI BEZPIECZEŃSTWA NA LOTNISKU

Stresuje Was latanie? Mnie samo latanie nie, a nawet bardzo je lubię, ale nienawidzę kontroli bezpieczeństwa. Wyciąganie wszystkich bagaży podręcznych na taśmę, wiadomo trzeba wyciągnąć sprzęt elektroniczny i płyny, ściąganie swetrów, bluz, paska do spodni, czy nawet butów, a wszystko to z oddechem kolejnych podróżnych na plecach, przyprawia mnie o gęsią skórkę. Boję się, że czegoś zapomnę, gdzieś zgubię, albo bramki zaczną piszczeć. Zaczęły. Często piszczą zupełnie bez powodu. Na szczęście tym razem obyło się bez kontroli osobistej, bo piszczał telefon komórkowy w kieszeni spodni. Ów telefon, który mam zaledwie od kilku dni, zamiast do naszego koszyczka (mieliśmy ich chyba 10!, plus wózek) wrzuciłam do koszyczka Pana, który stał za nami. Dzięki Bogu, nasz towarzysz z security zażartował, że dziękuje za telefon i pozwolił mi zabrać zgubę. Nie chciał już żartować kiedy zamiast jednego telefonu chciałam zabrać dwa:P. Oddał mi za to mój pasek ;)

Na wrocławskim lotnisku mieliśmy zaledwie 30 minut (tak, zawsze przyjeżdżamy na ostatnią chwilę :p), szybko kupiliśmy kanapkę, bo w domu nie zdążyliśmy zjeść śniadania, i udaliśmy się na boarding lotu do Warszawy. Nie wiem czemu, system rezerwacji wiedząc, że lecimy z dzieckiem dał nam miejsca na samym tyle, także musieliśmy przeciskać się wąskim przejściem na sam tył samolotu. Jednak my, jak my, daliśmy radę. Obok nas siedziała Pani, która miała około 90 lat i poruszała się o kulach, a na samym lotnisku miała wózek i osobę do pomocy – coś szwankowała ta rezerwacja, oj szwankowała. A do tego samolot był tylko do połowy pełny:) Sara podczas lotu była bardzo pobudzona. Może było jej za ciasno, bo trasa do Warszawy obsługiwana jest turbośmigłowcem Bombardier.

CO Z TYM WÓZKIEM?

podróż do USA z dzieckiem_zbierajsie

W mniejszych samolotach wózek zazwyczaj trzeba zostawić przed samolotem, a obsługa przechowuje go w luku bagażowym. Tak też było w naszym przypadku. Podczas takiego lotu (lotów ogółem) ryzyko zniszczenia wózka jest dość duże, dlatego nasz nowy Mutsy Nexo chcieliśmy jakoś zabezpieczyć… Oczywiście poszukiwanie pokrowca zostawiliśmy na ostatnią chwilę, więc rządziła prowizorka… Za pokrowiec posłużył nam pokrowiec na… rower. Jacek owinął wózek najlepiej ja umiał, ale podczas podróży wszystko się poluzowało. Kiedy wyszliśmy z samolotu chwilę musieliśmy poczekać na nasze zawiniątko. Miły Pan z obsługi chciał to przyspieszyć, więc chwycił wózek jeszcze na taśmociągu z luku. Akurat zawiał wiatr… pokrowiec się rozwinął i opadł na Pana. Przez moment wyglądał jak czarny duch szamocąc się z wózkiem i pokrowcem. Całe szczęście zachował równowagę, także i on i wózek ostateczni wyszli z tej potyczki bez szwanku :D Uśmialiśmy się z Panem do łez, dobrze, że silniki były już wyłączone :o bo mogło się skończyć jak w blenderze :o

CZY PODRÓŻ DO USA Z DZIECKIEM TO PODRÓŻ MARZEŃ? LECIMY W KOŃCU BOEINGIEM 787 DREAMLINER

Dużo więcej miejsca mieliśmy w samolocie z Warszawy do Los Angeles. Przed wylotem poinformowaliśmy LOT, że lecimy z dzieckiem i chcielibyśmy mieć dla niego kołyskę. A taka kołyska jest montowana w pierwszym rzędzie klasy ekonomicznej. Miejsca są o tyle fajne, że przestrzeń na nogi jest dość duża, można je swobodnie rozprostować, a dziecko jak się uprze może sobie trochę pochodzić koło nas. Ba! Może sobie urządzić tam prawdziwą zagrodę.

Tydzień temu o swoim locie Dreamlinerem do Pekinu pisała Kamila z readyforboarding.pl. Potwierdzamy jej spostrzeżenia, że samolot jest trochę zużyty. Jeśli chodzi o stan techniczny kabiny, to niektóre ekrany pokładowego centrum rozrywki działały bez zarzutu, ale w niektórych nie działał ekranu dotykowego. A! i podczas lotu trzy razy wyskoczyły maski tlenowe, mimo, że nawet nie było turbulencji. Być może to zużycie wynika z faktu, że Dreamlinery latają też w lotach czarterowych, a czartery rządzą się swoimi prawami. Jednak sam samolot jest w 100% sprawny, dolecieliśmy cali i zdrowi.

Potwierdzamy też, że jedzenie nie było zbyt smacznie, chociaż obsługa „pierwsza klasa”. Na 12-godzinnej trasie dostaliśmy napoje, ciastko i dwa posiłki: rozgotowanego kurczaka z marchewką i groszkiem, kopytkami i ryżowy makaron, lasagne. Trochę nie chciałam temu wierzyć, bo jak 3 lata temu lecieliśmy do Chicago nie dość, że było bardzo dobre, to jeszcze podane w bardzo ładnych ozdobnych pojemnikach z motywem wzorów ludowych.

Dreamliner to największy samolot LOT-u, może podróżować nim nawet 252 osoby w trzech klasach: ekonomicznej, ekonomicznej premium i biznes. Tej ostatniej jest w samolocie 18 miejsc, miejsca rozkładają się do pozycji leżącej, a koszt biletu do LA jest nawet 5 krotnie większy niż ekonomicznej.

PODRÓŻ DO USA Z DZIECKIEM – JAK BYŁO W SAMOLOCIE?

Kołyska dla niemowlaka jest dość mała. Wg informacji z infolinii i strony LOT ma 84 cm, jest przeznaczona dla dzieci do 6-go miesiąca życia i 10 kg wagi. W rzeczywistości maksymalny udźwig to 12 kg (tak jak we wszystkich liniach, które udało nam się sprawdzić, jak i zgodnie z informacją na samej gondolce). Mimo, że naszej córce jeszcze trochę brakuje, gondolka była na styk, zresztą zobaczcie sami :D.

Wiek dziecka nie powinien być jednak problemem, o ile się tam zmieści i będzie chciało tam leżeć. Dziecko w gondolce nie może siedzieć, a na czas turbulencji trzeba brać dziecko na kolana. Kołyska zabezpieczona jest siatką bezpieczeństwa, ale nas trochę przerażałoby naciągnięcie jej na śpiące dziecko. Przez pierwsze 11 godzin lotu Sara ani myślała tam wchodzić, przekonała się dopiero na ostatnią godzinę lotu, kiedy u nas była już 22. Długo w niej nie pospała, bo podczas lądowania dziecko musi i tak siedzieć lub leżeć na kolanach rodzica, przypięte specjalnym pasem. Gondolkę jednak wykorzystywaliśmy… jako podręczną szafkę na zabawki i przekąski Sary :).

Innym problemem związanym z gondolką był jej zapach… Materiał pachniał bardzo intensywnie i chemicznie. Może to jakiś środek odkażający? W każdym razie, nas do siebie lekko zraził, choć po kilku godzinach lotu już go nie czuliśmy.

Po drugiej stronie kabiny leciała inna para z dzieckiem (11-miesieczny chłopiec), który niemal od razu zasnął i przeleżał w gondolce większą część lotu, czyli można:). Potwierdza to nasze przypuszczenia, z małym dzieckiem podróżuje się łatwiej. Chociaż w samolocie leciał z nami też 4,5-letni chłopiec. Zniósł lot bardzo dzielnie!

HOUSTON, MAMY PROBLEM, CZYLI ZMIANA PIELUCHY W CHMURACH

W naszych wcześniejszych lotach do Grecji, czy Londynu Sara grzecznie przeczekała podróż i, ku naszemu zadowoleniu, nie chciała testować przewijaków na pokładzie;). Dzisiaj nadrobiła za wszystkie czasy. Pewnie to kwestia długości lotu… chociaż w locie do LAX nasza córka postanowiła przełamać schemat i pierwszą niespodziankę zrobiła już po godzinie lotu :o.

Dzielny tata ruszył więc niepewnym krokiem w stronę WC. Fakt, toaleta w samolocie nie jest zbyt duża, ale było ok. Wszystko czyste i zadbane. Sara była zaabsorbowana podziwianiem nowego wnętrza ;) rozglądała się z zaciekawieniem i zanim się obejrzała, było już po sprawie, a tata wrócił z uśmiechem na ustach i okrzykiem „bułka z masłem”.

lot do usa z dzieckiem_ przewijak w samolocie_zbierajsie

Chyba jej się spodobało, bo po niecałej godzinie postanowiła powtórzyć rozrywkę, po kolejnej godzinie znowu… :). Tak się tego baliśmy, a okazało się, że nie ma dramatu. Mamy już przećwiczone, tzn. Jacek ma:), bo ja wciąż mam awersje do chodzenia do wc na pokładzie samolotu :p.

WYLĄDOWALIŚMY NA SZÓSTYM LOTNISKU NA ŚWIECIE

O 14 czasu lokalnego, czyli 23 naszego czasu wylądowaliśmy na międzynarodowym lotnisku w Los Angeles, największe na zachodnim wybrzeżu, trzecie w USA i szóste na świecie, które rocznie obsługuje ponad 70 milionów pasażerów. Jednak to nie był koniec naszej podróży. Nasz samolot najpierw przez 30 minut krążył po płycie, by podjechać do rękawa. Później pasażerowie całkiem sprawnie opuścili samolot. Załoga poinformowała nas, że za chwilę dostaniemy wózek bezpośrednio przy rękawie, jednak po 15 minutach okazało się, że wózek będziemy mogli odebrać dopiero przy karuzeli z bagażami. Dobrze, że mieliśmy ze sobą nosidło, bo zanim tam dotarliśmy czekało na nas jeszcze trochę atrakcji.

Lotnisko w Los Angeles jest olbrzymie, choć przyznam, że poruszanie się po nim jest całkiem sprawne i logiczne! Żeby z rękawa dotrzeć do miejsca kontroli paszportowej szliśmy dobre 10 minut, schody w górę, później długa prosta, schody w dół, tunel i znaleźliśmy się w olbrzymiej sali z labiryntem kolejek ustawionych przez obsługę. Są osobne kolejki dla mieszkańców USA i Kanady, dla podróżujących bez wiz (ESTA) i podróżujących z wizami. Wszystko jest bardzo dobrze oznaczone, więc nie mieliśmy problemu z tym, gdzie się ustawić, chociaż i tak obsługa czuwa nad wszystkim.

FINAŁ PODRÓŻY DO USA – ELEKTRONICZNA ODPRAWA CELNA

Pierwsza kolejka prowadziła do elektronicznej odprawy celnej. Spotkaliśmy się z nimi pierwszy raz, trzy lata temu na lotnisku w Chicago ich nie mieliśmy (a lotnisko O-hare w Chigago to drugi największy port lotniczy w Stanach). Więc nie wiem, czy to coś nowego, czy jest dostępne akurat w Los Angeles.
Maszyna zadaje nam kilka na temat naszej wizy i podróży (głównie elementy celne). Sprawdza naszą wizę (umieszczamy paszport w okienku) i … robi nam zdjęcie, a następnie drukuje karteczkę, z którą możemy udać się dalej. My jak my, ale Sara nie chciała zrozumieć, że ma się nie ruszać i patrzeć w obiektyw kamery, więc kamera poruszała się góra-dół poszukując jej twarzy. Mieliśmy kilka podejść nim się udało.

OKO W OKO Z CELNIKIEM – CZYLI WIZA TO NIE WSZYSTKO

Druga kolejka prowadziła do spotkania z celnikiem, który zadał nam pytania o cel podróży, miejsce pobytu i o to kiedy wracamy do Polski. Później pooglądał nasze paszporty z wizami i wbił stempel: byliśmy już w USA!!

<< o tym, że wiza to nie wszystko i, że celnik może Cię zawrócić na granicy możesz przeczytać w naszym wpisie o tym, jak dostać wizę do Stanów Zjednoczonych>>

Odebraliśmy bagaż z kołowrotka. Czekał tam na nas już wózek (w sumie nie dziwne, bo trochę trwały te procedury), o dziwo, cały i zdrów, i z pokrowcem. Nie jest to taka oczywista sprawa, bo jak wracaliśmy na lotnisku we Wrocławiu to obsługa zdjęła pokrowiec z wózka i już nie oddała.

Kiedy mieliśmy już bagaż mogliśmy… stanąć w ostatniej kolejce. Pan sprawdził jeszcze raz nasze paszporty i dokumenty celne, a następnie życzył nam udanej podróży. Myślałam, że na lotnisku spędzimy wieki, ale udało nam się bardzo sprawnie. Sara nawet nie płakała, choć to był czas kiedy w domu już dawno śpi w swoim łóżeczku. No, ale co się dziwić, w końcu była w Ameryce… haha :)

TRANSFER DO HOTELU I ZACHÓD SŁOŃCA NA MANHATAN BEACH

Wybierając hotel na pierwszą noc w Los Angeles szukaliśmy miejsca blisko lotniska, tak aby nie stracić godzin w korkach (ponoć LA jest mega zakorkowane) i blisko oceanu. Nasz hotel miał mieć bezpłatny transfer, ale kiedy zadzwoniliśmy żeby zapytać o niego, okazało się, że transfer owszem jest, ale od 6 do 12, a była już 15. Trudno, poszliśmy zatem na postój taksówek, bo auto wypożyczamy dopiero jutro. Taksówkarz nie chciał nas wziąć, bo nie mieliśmy fotelika dla dziecka. W Polsce można jeździć taksówką bez, my oczywiście jesteśmy w 100% za fotelikami i sami jeździmy z RWF-em, ale dziś chcieliśmy dotrzeć jak najszybciej do hotelu. Na szczęście miałam Sarę zamotaną w nosidle, Pan uznał, że tak będzie bezpiecznie i może nas zawieźć. Ok. 16 (1 w nocy polskiego czasu, czyli po 18 godzinach od wyjścia z domu) byliśmy już na miejscu.

ZMIANA CZASU – DZIECKU NIE WYTŁUMACZYSZ

Mieliśmy jeszcze siłę, żeby pójść na spacer nad ocean, przejść się po molo, posiedzieć na plaży i zjeść szybką kolację.

Manhatan Beach, LA, Zbierajsie.pl

Manhatan Beach, LA, Zbierajsie.pl

W drodze powrotnej Sara usnęła. Wykorzystaliśmy okazję i położyliśmy się spać przed 20. Miałam cichą nadzieję, że pośpimy do rana, chociaż do 5, ale Sara o 24 uznała, że przecież jest już 9.00, a to najwyższy czas wstać!

 

Siedzimy sobie i czytamy „Co robią koty?’ i mamy nadzieję, że zaraz jeszcze kilka godzin się zdrzemniemy, bo jutro wyruszamy do Palm Springs.

<< Tutaj możecie sprawdzić nasze plany na dalszą podróż po zachodnich Stanach >>

 

Macie na swoim koncie długie podróże samolotem, czy jeszcze przed Wami? Jeśli macie obawy związane z lataniem, piszcie. Może coś podpowiemy :).